Dokkan Dokkan tsuiteru! Dokkan Dokkan Paradise!
czeth0
@22:17
Jakoś nie jest mi źle z tym, że nie obejrzałem Dragonball: Ewolucja. Najprawdopodobniej upłynie sporo czasu zanim się zmuszę (ew. ktoś mnie przekabaci za pomocą Żubrów[tm]). Natrafiłem za to przypadkiem na Dragon Ball Kai, no i moje pierwsze myśli WTF? Nowa seria?
Po chwili przemyślenia wpisałem po prostu ‘dragonball kai wiki’ w googlach i już wiedziałem o co chodzi. Otóż w dobie podrasowywania klasyków filmowych do wysokich rozdzielczości, żeby ładnie wyglądało na waszych super hiper -nowoczesnych, full HD plazmach nie ominęło to także klasyk animacji. Do tego doszedł jeszcze fakt że Dragonballowi stukęło 20 lat jakoś niedawno i Toei zdecydowało się na właśnie Kai (ponoć znaczy to ‘odnowiony’ lub ‘poprawiony’. z innych źródeł wynika że znaczy to też np. ‘cięcie’). Dragon Ball Kai to nic innego jak animowana seria Dragon Ball Z w HD z nagranymi na nowo dialogami i ścieżką dźwiękową (ponoć większość oryginalnej obsady) + skrócenie pewnych motywów żeby było bardziej jak w mandze i mniej serialowo. Kto oglądał, wie – bywało jak w modzie na sukces. W następnym odcinku: czy goku doleci do swego przeciwnika i go uderzy? Czy jakaśtam planeta wybuchnie zanim jakiśtam koleś czegoś nie zrobi? Anyway – chodzą słuchy że całość ma się zmieścić w 100 ep’sach. Oryginalny Z miał 291 so wątpie. Ponoć mają być jakieś dodatkowe sceny.
W tym momencie wyemitowano już 12 odcinków. Obczaiłem jedynie opening i jakoś mnie nie rusza
… ale z drugiej strony nigdy nie byłem fanem muzyki w DB. Wracając do początku tego wpisu – czy fajnie byłoby mieć nową serię DB? Moim zdaniem nie. W DBZ osobiście zacząłem nudzić się w połowie (obojętnie czy bierzemy pod uwagę mangę czy anime), GT to dla mnie dno totalne. “Wieści” jakie krążyły swego czasu o serii AF to w ogóle jakieś szambo. Dla mnie pierwsza seria DB była jest i będzie przyjemną i ponadczasową animką w której poza praniem się po mordach jest olbrzymia dawka genialnego, chociaż rubasznego, humoru, świetne dialogi, kreska, fabuła. w DBZ z czasem się to zaciera na rzecz coraz to pojebańszych walk, form sayanów i ‘który jest najwsiększym skurwielem i ma najwięcej ki’.
Z ciekawostek – a wiecie że cały szał na Dragonballa dotarłby do nas wcześniej? Po sukcesie Sailormoon w polshicie, stacja miała już kupować prawa do DB. Zrezygnowano ostatecznie po stwierdzeniu, że za brutalny i widać penisy;D
Zdejmuj rajtuzy
czezdr
@9:40
Czasami całkiem przypadkiem trafiam na film, o którym nie mam zielonego pojęcia. Całkiem to normalne, ktoś by powiedział, wszak filmów powstało już sporo(szczególnie w Indiach), ale jeśli jest to film polski, to złożyć to mogę tylko na karb faktu, że owego czasu byłem ” za młody na heroda” lub film miał jedną emisję w tv i gdzieś zaginął. Czasem mam okazję, zobaczyć takie kwiatki w Kino Polska, ale tylko jak jestem u kogoś, kto posiada szatańskie narzędzie zwanę kablówką.
Tak oto dotarliśmy do sedna, film nosi tytuł “Fetysz”, jest z orwellowskiego roku ‘84. Tuba posiada kilka fragmentów owego obrazu, ja wrzucę tutaj ten który mnie rozłożył na łopatki.
Jak ktoś ciekawy, może także sprawdzić pozostałe fragmenty(scena w salonie fiata, inspekcja w piwiarni).
Więcej informacji na temat filmu daje nam Filmpolski.pl. Opis fabuły jest dość malowniczy, natomiast sam reżyser, Krzysztof Wojciechowski, na liście swoich dzieł nie ma niczego, co widziałem. Odtwórca głównej roli, Jan Prochyra, jegomość o aparycji Pirata Rabarbara, posiada na koncie m.in. rolę w filmie CÓRA MARNOTRAWNA jako “Kluskowy”(podejrzewam, że polegało to na mieszaniu łyżką klusek w garnku)
Może kiedyś uda mi się zobaczyć “Fetysz” w całości.
He’s hungry for justice
czeth0
@16:18

pacman
Pacman. Lubię Pacmana. W naszym logu jest martwy pacman (tak, to pacman, tajemnica rozwikłana). Wiedzieliście, że gra miała się nazywać Puck-man (zreszta w japonii został puckman), ale kojarzyło się z “fuckman”? Albo że w grze jest przewidziane tylko 255 poziomów i 256ty ma buga który powoduje koniec przez śmieci na ekranie i niemożność gry? Sama gra to temat na dłuższego arta, a niżej kilka widełów które mną pozamiatały. Masakrą jest, że można tyle wycisnąć z tematu żółtej kulki i duszków:D
ciuchcią do schizofrenii
czeth0
@14:40
Jako że na uotewie zrobiło się trochę książkowo to i ja przedstawię swoją propozycję na letni wieczór – Eden Express.
Autorem niezbyt opasłego tomiku (197 stron) jest Mark Vonnegut – dziś lekarz pediatra. Zbieżność nazwisk z autorem Rzeźni nr 5, Kociej kołyski, Trzęsienia czasu itd nieprzypadkowa. Mark jest synem Kurta Vonneguta (jeden z moich ulubionych pisarzy:), co w kontekście jego książki właściwie nie ma znaczenia. Mark nie zawsze był lekarzem, to już znaczenie ma. Zanim zaczął przepisywać dzieciaczkom syrop na kaszel, posiadał długie włosy, skończył religioznawstwo i wyruszył aby założyć swoją komunę w dalekiej kanadzie.
.
.
Klimatem powieść jest osadzona tak jak poprzednia wymieniona pozycja (fear and loathing in las vegas) na przełomie lat 60-70′ w USA, czyli wiadomo – rewolucja obyczajowa, dragi, hippisi i przedziwne ruchy społeczne. Głównym bohaterem jest sam autor, który zresztą na samym początku zaznacza, że większość postaci, miejsc i zdarzeń jest autentyczna. Mark poszukuje celu życia i jak to wtedy często bywało pragnie osiąść gdzieś w dziczy. Sadząc warzywa zrozumieć wszechświat itd itp. Wszystko byłoby w porządku (do pewnego momentu, jak to również bywa w takich historiach) gdyby nie to, że zamiast spokoju w swoim ‘edenie‘ znalazł niepokojące wizje i ciągłe nawroty choroby psychicznej. A potem…
.
Zachęcam do książki bo po pierwsze stanowi całkiem niezłe stadium człowieka który na coś choruje i nie za bardzo wie, co ze sobą zrobić czy do kogo się zwrócić. Nie jestem znawcą psychologii/psychiatrii itd, ale wszystko było dla mnie zrozumiałe i brzmiało rozsądnie. Poza tym czuć, że opisana historia stanowi dla autora bardzo intensywne, osobiste przeżycie, którym chce się podzielić i ma w tym swój cel. Po drugie, pokazuje różne dziwactwa i wśród młodzieży amerykańskiej lat 70′ (fiksujące od dragów dzieciaki) i wśród np. lekarzy (zamykających wcześniej wymienionych w zamkniętych szpitalach przez złą klasyfikację chorób/źle dobrane leczenie). Po trzecie jest naprawdę sprawnie napisaną książką i wciąga… Powracam do niej dość często, chociaż może nie jest arcydziełem, to miło odświeża się tą historię. Do miłośników Vonneguta – jego syn pisze zupełnie inaczej:).
.
ciekawostka – polskie wydanie (nie za duży nakład, ale można złapać na allegro), tłumaczył m.in. Lech Janerka.
Las Vegas Parano
czejac
@12:06
Film Terry’ego Gilliama oparty na niedawno wydanej w Polszy knidze zyskał spory poklask wszelkiej maści ćpunów, wywrotowców i innych mniej lub bardziej rozgarniętych dziwaków. Pozytywne jest, że dobry film zdobywa uznanie publiki, niemniej jednak mam uzasadnione poczucie, że większość odbiorców nie doceniła wszystkich płaszczyzn dzieła. Z jednej strony pewnie dlatego, że dzisiejszy polski odbiorca nie siedzi w kontekście amerykańskiego przełomu lat 60/70, z drugiej może też dlatego, że miewa ograniczone zasoby intelektualno poznawcze;) Tak czy siak, warto łyknąć “Lęk i odrazę w Las Vegas” bo to rzecz która bez wątpienia zasłużyła na kult. I czyta się bardzo dobrze:) a poza tym jest fajne posłowie, które uzupełnia lekturę o ów kontekst, który jest bardzo ważny dla zrozumienia owej ćpuńskiej eskapady. Polecam.
Zombie Survival
czekfu
@0:05
Ostatnio po pewnym seansie filmowym, udając się na pewne piwo (Żubr FTW) z pewnymi ludźmi, zaczeliśmy gadać i cośtam…
Tak po skrócie można by opisać wydarzenia, które przypomniały mi o pewnym dziele, tak więc używając pijanego umysłu doszedłem do wniosku, żę: “pojesde do dsoamu napoidac reklame dksiazki o.” No cóż, jak powiedziałem tak zrobię, a że nie rozumiałem tego co powiedziałem pisze to dopiero po pięciu dniach.
Chiałbym przedstawić wam książkę, która powinna znajdować się w każdym domostwie tak samo jak Biblia (szatana ofc. gwoli przypomnienia). Mianowicie “The Zombie Survival Guide” w Polsce wydane jako po prostu “Zombie Survival”. Podręcznik traktuje o metodach obrony podczas epidemii wirusa solanum. Czyli co robić jak Ci zombie do okna puka. Jeśli ktoś jest tak lekkomyślny i jeszcze nie nabył własnej kopii tegoż egzemplarza, panie świeć nad jego duszą.
W akcie dobroczynności służę jako biblioteka, bo choć to podręcznik, to jest jednak on czymś niezbędnym do opanowania dla każdego żyjącego człowieka, atak może jak wiadomo nastąpić w każdym najmniej przewidywanym momencie i niechce mi się wszystkich niańczyć tylko dlatego, że wy zamiast się edukować chodzicie do kin na jakieś Wolweriny czy inne Waczmeny!
Bo Miałem Coś Napisać
czecll
@17:54

Sauce. No i w sumie tyle. Albo nie – kto uważa, że CR to najlepszy Bond ever? Jak nie uważa, to niech się, kurwa, zastanowi jeszcze raz. The odds will betray you, and I will replace you, lalala.
zdr:
A to widzieliście ? Dramat szpiegowsko-prawosławny
Też jest dobry, ale jednak CR lepsze. W “Popim uszku” co prawda pojawia się więcej rosyjskich aktorek, ale wybuchy są bardziej stonowane
