Transformers 1 i 1/2
lipzdr
@11:33
Wiecie jak to jest z miodami pitnymi, trójniak jest gorszy od dwójniaka, dwójniak lepszy od półtoraka, ale słabszy. Niestety do kontynuacji hollywodzkich blockbusterów nie można zastosować zasad miodosytnictwa(z małymi wyjątkami). “Revenge of the fallen”, kontynuacja Transformers, nie jest ani “revenge” ani “fallen” - jest jakaś taka nijaka. Na pewno jest około pół godziny za długa, zastanawiam się jednak, czy gdyby pan reżyser zdecydował sie skrócić film o tyle właśnie, to czy na ekranie nie pozostałyby tylko wybuchy i obrazki kolejnych rozpieprzanych w drobny mak budynków. Tym razem zniszczony zostaje Paryż, Egipt, Szanghaj i jakiś campus amerykańskiego collegu, pewnie było coś ponadto ale w ogólnym rozpiździelu mogło mi to umknąć. Pierwszą część oglądało się dość przyjemnie, między innymi dzięki miękkiemu wprowadzeniu w tzw. “świat przedstawiony”, machina efektów specjalnych rozpędzała się powoli, dając widzowi czas na “learning curve”. W części drugiej tego zabrakło, a wszystko inne zostało podporządkowane kilku prostym słowom: więcej!, więcej!, mocniej!, głośniej! (Megan Fox było trochę mniej jednak) Nie mogę wszakże odmówić twórcom, że w dziedzinie efektów, to jest mistrzostwo świata, jednak tak naprawdę docenią to dopiero chyba posiadacze odtwarzacza blue-ray i wielkiej plazmy, bo w kinie, na taśmie filmowej, te wszystkie szczegóły giną. Osobiście przez większą część czasu, oglądając dynamiczne pojedynki pomiędzy autobotami a deceptikonami, miałem przed oczami jedynie kolorowe smugi. Inna sprawa, to że ta historia nigdy nie trzymała się kupy, ale dzięki temu filmowi nie trzyma się jeszcze bardziej. Po kątem absurdów ekranowych, co prawda przebić “szklanej pułapki 4.0″ się nie da, ale chyba twórca atakował tą pozycje. Na plus daję ładnie pokazany Egipt(jednak bohaterowie mieli niesamowite szczęście, nie będąc zaczepionymi pod piramidami przez żadnego sprzedawcę małych piramidek, ani żebraka - mnie podczas pobytu w Egipcie się ta sztuka nie udała)no i 2 duże plusy dla Megan Fox(sami zgadnijcie który plus dla której piersi). Dochodzę do wniosku, że wolałbym ją jako główną bohaterkę, a nie tego wymoczka o polsko brzmiącym nazwisku, ale to już tak w ramach raczej testosteronowych recenzji.
Ach, no i zdążył w filmie pojawić się już Barak Obama jako prezydent USA, ale niestety nie pokazał jaj. Część pań oglądających film mogła być zawiedziona
Zdejmuj rajtuzy
czezdr
@9:40
Czasami całkiem przypadkiem trafiam na film, o którym nie mam zielonego pojęcia. Całkiem to normalne, ktoś by powiedział, wszak filmów powstało już sporo(szczególnie w Indiach), ale jeśli jest to film polski, to złożyć to mogę tylko na karb faktu, że owego czasu byłem ” za młody na heroda” lub film miał jedną emisję w tv i gdzieś zaginął. Czasem mam okazję, zobaczyć takie kwiatki w Kino Polska, ale tylko jak jestem u kogoś, kto posiada szatańskie narzędzie zwanę kablówką.
Tak oto dotarliśmy do sedna, film nosi tytuł “Fetysz”, jest z orwellowskiego roku ‘84. Tuba posiada kilka fragmentów owego obrazu, ja wrzucę tutaj ten który mnie rozłożył na łopatki.
Jak ktoś ciekawy, może także sprawdzić pozostałe fragmenty(scena w salonie fiata, inspekcja w piwiarni).
Więcej informacji na temat filmu daje nam Filmpolski.pl. Opis fabuły jest dość malowniczy, natomiast sam reżyser, Krzysztof Wojciechowski, na liście swoich dzieł nie ma niczego, co widziałem. Odtwórca głównej roli, Jan Prochyra, jegomość o aparycji Pirata Rabarbara, posiada na koncie m.in. rolę w filmie CÓRA MARNOTRAWNA jako “Kluskowy”(podejrzewam, że polegało to na mieszaniu łyżką klusek w garnku)
Może kiedyś uda mi się zobaczyć “Fetysz” w całości.
Umyj się
czezdr
@13:22

tho podobno ostatnio mył swoją lodówkę, piękny to powód aby zastanowić się, co może spowodować, że człowiek posunie się do takiego dość brawurowego czynu
- nie zapłaciłeś rachunku za prąd, w lodówce już nie ma nawet światła, tym samym wydaje się to być idealnym momentem.
- zostawiłeś w niej stary bigos i wyjechałeś na 2-tygodniowe wakacje, po powrocie nie masz juz innego wyjscia tylko zabrać się za szorowanie.
- masz kota,którego przypadkiem zamknąłeś w lodówce, kiedy zaczaił się na kawałek wędzonej makreli(no w zasadzie w tym wypadku, raczej już kota nie masz)
- jeśli jesteś wielbicielem francuskich serów pleśniowych, mycie lodówki nie ma większego sensu, i tak zawsze ci wali stamtąd.
- pracujesz w systemie zmianowym i po raz kolejny w lodówce zamiast kartonu z mlekiem zostawiłeś przepocone skarpety(fakt ten zauważasz dopiero wtedy, gdy porządnie się wyspałeś)
- Wolverine każe ci umyć lodówke - bo jak nie, to zatańczy i zaśpiewa.
Coś jeszcze ?
Bez bohatyrowiczów poprosze, paproku
majzdr
@2:17
Tak jest - najbardziej pokrecona gra na Wii, w ktorą miałem przyjemność zagrać, powraca. Niby zbliża się E3 i sie sypią trailery z rękawa, ale ten powitałem z rogalem na ryju.
Suda51 w tańcu się nie pierdoli, tylko zadał nową historię w uniwersum(już możemy o tym tak powiedzieć, prawda?), które doskonale się sprawdziło przy No more heroes(częsci pierwszej). Nie da się ukryć, że owa pierwsza odsłona miała swoje blaski i cienie - bo miała, ale te plusy ujemne nie przesłoniły mi dodatnich, a tymi dodatnimi była czysta radocha z grania i doświadczania wszelakich smaczków wymyślonych przez Sude. Travis Touchdown wraca - a ja będe machał wiilotem tak jak mi jego beam katana zagra,basta!
Szmin Siti
majzdr
@23:01
Miałem nabyć SFIV na x360, ale skończyło się zakupem w jakimś wyspiarskim sklepie netowym tego oto cuda

Już się zakochałem, grafika wystylizowana jak przypudrowana lampucera, ale co tam - pograć w coś co wygląda jak Sin City to sama przyjemność. Rozgrywka to czysty rozpiździel z czerwonymi bryzgami krwi na ekran - czasem na ekranie jest tyle krwi, ze przesłania to co sie dzieje pod spodem. Minigierka z wrzucaniem ludzi w turbine - sam miód, aż boje się pomyśleć co będzie dalej. Na razie ledwie liznąłem rozgrywki ,ale dalej może być już tylko lepiej. No i Wii przestało się kurzyć…
Liberator gra na wiesle tak wszak przeciez calkiem niezle
majzdr
@14:00
Panie i panowie - tłusty obecnie gwiazdor megahitów na Polsacie przyjeżdza do Polski aby dać szoł na gitarze. Nie do końca jestem pewien czy będzie rzeczywiście grał czy po prostu pokaże jak pobić kapele na koncercie wykorzystująć judo i aikido.
Dowiedziałem się o tym stąd.
Kto się wybiera ? Może zorganizujemy busa? Takiego z telewizorem gdzie ogladniemy sobie na przykład : “Na zabójczej ziemi”
.
.
.